Za czym tęsknią ciężarne?

             
Internet pełen jest wzniosłych historii i ckliwych zdjęć kobiet z okrągłymi brzuszkami. Mamusie zawsze uśmiechnięte, zachwycające, kwitnące i piękne. Widać, że szczęśliwe, jakby osiągnęły szczyt marzeń. Wszystko takie kolorowe, sielankowe, chwytające za serduszko… Ach… A jak jest naprawdę? Jak wygląda codzienność ciężaróweczek? Ale nie tych z żurnala, tylko tych z codzienności. O czym myślą, za czym tęsknią?
            Jestem w 37. tygodniu ciąży od początku zagrożonej. Ciąży, która wywołała niemałe poruszenie wśród moich lekarzy, bo niemal przez cały pierwszy trymestr pytali „jak to możliwe?”. Jak łatwo się domyślić, moja ocena sytuacji nieco różni się od internetowych ideałów ;) A do napisania tego posta zainspirowała mnie Sandra, moja koleżanka (bardzo serdecznie Ją z tego miejsca pozdrawiam), równie zaawansowana w boju, z którą miałam okazję rozmawiać i marzyć…
1.      Leżenie na brzuchu. Śmieszne? Bynajmniej!
Ciężaróweczki powinny leżeć na lewym boku, ponieważ inne opcje (plecy, prawy bok) powodować mogą m.in. problemy z przepływem krwi, drętwienie kończyn, żylaki, bóle kręgosłupa, a nawet zasłabnięcia. Najbezpieczniejszy jest lewy bok. Po dziewięciu miesiącach odleżyn można dostać… W nocy czasem łamałam tę zasadę. Trudno zapanować nad sobą w czasie snu. Jednak spanie na brzuchu, które tak uwielbiam, jest absolutnie niemożliwe. Smuteczek :(
2.      Szpilki. Jak ja kocham szpilki…
Wybrałam się kiedyś spacerkiem na wizytę u ginekologa. Spacerowałam z mężem. Pogoda była piękna- początek lata. Ja ubrana w zwiewną sukienkę i ulubione sandałki na koturnie czułam się świetnie, choć były pewne problemy z utrzymaniem równowagi. Dziwiłam się, bo koturny miały zaledwie 8 cm. wysokości, a ja do tej pory czułam się jak w szpilkach urodzona. Dotarliśmy na miejsce, wchodzę do gabinetu, a ginekolog spojrzała na mnie wzrokiem Bazyliszka… „Wracając do domu, masz kupić sobie płaskie buty! Mokasyny jakieś, obcas max 3 cm.”. No i skończyło się rumakowanie… Ogłosiłam żałobę narodową. Trwa do dziś.
3.      Twarzowa opuchlizna, orzeźwiające duszności.
Pierwsza ciąża i przeżyłam z nią najcieplejsze od 136 lat lato. Pff… Żaden wyczyn. Serio? Dla mnie wyczynem było mierzyć się z opuchlizną, która w upalne dni zastępowała makijaż. Buty właściwie też, bo w nic się nie mieściłam. Duszności także dały się we znaki. Pierwszy raz w życiu błogosławiłam w sercu dzień, w którym przyszedł na świat wynalazca wszelkich wiatraków i klimatyzacji.
4.      Leki, więcej leków, jeszcze więcej leków!
Przez całe życie nie pochłonęłam takiej ilości tabletek i globulek, jaką zmuszona byłam przyjmować w czasie ciąży. Podejrzewam, że moja wątroba nawet nie zauważyła całkowitej rezygnacji z alkoholu, bo i tak była obciążona. Pewnie nawet bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
5.      Wino do orzotto.
Gustujemy z mężem we włoskiej kuchni. Lubimy gotować, eksperymentować i wychodzi nam to coraz lepiej. Ale jak to? Obiad bez lampki wina…?
6.      „Uuu siu siu siu u siu siu…”
Pamiętacie tę reklamę kostki Domestos? W tym miejscu zwracam się do początkujących i średnio zaawansowanych ciężaróweczek: jeśli kiedykolwiek uznasz, że nie da się częściej sikać, to wiedz, że jesteś w błędzie. Da się! :p


Ciąg dalszy może nastąpi ;)

Komentarze

Popularne posty