Kobiecość vs Ja, cz. 3.
To chyba stało się moją normą, że
podjęcie nowego kierunku studiów musi poprzedzać mniejsza lub większa tragedia.
Tak też było i tym razem. Po zerwaniu zaręczyn, jako wrak człowieka,
rozpoczęłam studia pedagogiczne. Szczerze- średnio interesowały mnie uczelniane
tematy, oceny bez nauki miałam dobre, z nikim się nie integrowałam, bo miałam
do czynienia z ludźmi młodszymi o 5 lat. Nie zamierzałam być wybitna, nie
wiedziałam też, po co to robię. Najważniejsze dla mnie było to, że w ogóle coś
robię. Po wakacjach spędzonych na rozpaczy, braku apetytu, braku dbania o siebie
i ogólnie kompletnej apatii, byłam szczęśliwa, że są wokół mnie ludzie i że coś
robię. Dodatkowo nade wszystko próbowałam być samowystarczalna, być „kobietą z
jajami”, której będą się bać, którą będą podziwiać. Może to śmieszne, ale
marzyłam o tym, by być jak Miranda Priestly z „Diabeł ubiera się u Prady”.
Chciałam być zimna, niedostępna, oschła i daleka od wszelkich miłostek. Nie
wiem, skąd czerpałam na to siły. Może od tego księdza, który swoim
zaangażowaniem i wytrwałością w walce o mnie pokazał, że jestem warta tej walki?
Może też od wspaniałych ludzi w duszpasterstwie akademickim, którzy nic o mnie
nie wiedzieli, a bardzo pomagali swoją obecnością?
No dobra, trochę przesadziłam.
Jedna osoba coś o mnie wiedziała i chciała wiedzieć coraz więcej. Pewien Ktoś,
kto interesował się mną i niczego nie chciał w zamian. Ktoś, komu oczy
błyszczały na mój widok. Ktoś, kto swoim zachowaniem, szacunkiem wobec mnie i
ciepłem sprawiał, że czułam się inaczej niż do tej pory i może jednak coś
warta. Ten Ktoś mnie fascynował, ale też zagrażał mojej wizji siebie. Przecież
miałam być samowystarczalna i mieć jaja, a ten Ktoś opiekował się mną,
troszczył się, wspierał na wszelki możliwy sposób, tym samym rozmiękczał moje
skamieniałe serce. I podobało mi się to, i przerażało jednocześnie. Przecież
miałam być silna, niedostępna i twarda! Jednak oparcie się o znacznie
silniejsze, prawdziwie męskie ramię, obracało w pył wszystkie bajeczki, które
na swój temat tworzyłam w swojej głowie. „Co się ze mną dzieje?”.
Im większe miałam wsparcie, im
silniejsze poczucie bezpieczeństwa otrzymywałam od tych dwóch wspaniałych
mężczyzn, tym mocniej kruszyły się moje mury obronne i było ze mną,
paradoksalnie, gorzej. Wszystkie dotychczasowe problemy zaczęły się objawiać
somatycznie. Gastrolog jeden, gastrolog drugi, gastroskopie, długie recepty i
drogie leki, które i tak nic nie dały, bo to nerwica. Przerwanie studiów po
pierwszym semestrze, bo wyjście z pokoju graniczyło z cudem, nie mówiąc o
wyjściu na uczelnię. Psycholog jeden, terapia, psycholog drugi, terapia. Trudny
czas dochodzenia do siebie, mierzenia się z przeszłością, rozgrzebywania
problemów, by móc je zakończyć i zacząć prawdziwie nowe życie. Trudniejsze niż
najtrudniejsza sesja egzaminacyjna, bo życie nie uznaje terminów poprawkowych.
Największa lekcja- nie szukaj
siebie poza sobą, otwórz się na samą siebie i dopuść prawdziwe „ja” do głosu. I
nie, nie powiedział mi tego żaden psycholog ani inny specjalista, dlatego
zrezygnowałam z terapii. Zrozumiałam to dzięki tym moim „Dwóm Wspaniałym”,
którzy podczas każdej rozmowy uświadamiali mi, że jestem cenna taka, jaka
jestem. Każdy z nich robił to na swój, zupełnie inny sposób. U nich miałam
kompleksową opiekę ;) Dzięki nim poznawałam siebie taką, jakiej nigdy nie
znałam, nigdy siebie takiej nie widziałam. Marzenia o byciu jak „Diablica od
Prady” odeszły w niepamięć. Do głosu doszła wrażliwość na ludzi i piękno,
doszła subtelność, a siłę odnalazłam w słabości. Przyznałam się przed samą
sobą, że nie wszystko jestem w stanie udźwignąć (dosłownie i w przenośni), a
dorównywanie facetom skończyło się razem z rozgrywkami piłki nożnej w rodzinnej
miejscowości. Dotarło do mnie, że potrzebuję ludzi i to jest właśnie piękne.
Potrzebuję ich ciepła, wsparcia, obecności, potrzebuję przyjaźni. Potrzebuję
potrzebować, a wymarzona dawniej samowystarczalność była zwykłym strzałem w
kolano, bo zamykała mnie na wszystko to, co prawdziwie dawało mi szczęście.
Przed zupełną znieczulicą uratowała mnie przyjaźń. Męska przyjaźń, oczywiście
;) Przyjaźń, która trwa do dziś, tylko w nieco zmienionej formie. Ów „Ktoś”
prawie od roku jest moim mężem, związek pobłogosławił nam nasz ksiądz- teraz
przyjaciel rodziny. Liczymy na to, że ten sam ksiądz ochrzci naszą córeczkę, na
narodziny której tak niecierpliwie czekamy.
Czy odnalazłam kobiecość? Tak.
Gdzie ją odnalazłam? W sobie, bo zawsze tam była :) Ale żeby ją odnaleźć,
musiałam najpierw przestać szukać w przestworzach. Czym więc jest kobiecość? Poczuciem
własnej wartości i godności. Kobiecość wypływa z szacunku do samej siebie. Jest
przekonaniem o swoim pięknie wewnętrznym i uzewnętrznianiem tego piękna. Jest
spójnością pomiędzy tym, co kryję w sobie, a tym, co pokazuję innym. Jest
przyznaniem się do tego, że potrzebuję innych, potrzebuję wsparcia i relacji.
Jest wreszcie łagodnością, której tak potrzebuje świat. A w tym wszystkim
najbardziej podoba mi się to, że do pełni kobiecości potrzebny jest kobiecie
odpowiedni mężczyzna, bo tylko w parze można stworzyć najwspanialszą jedność
(pozdrawiam z tego miejsca wyznawców feminizmu). Mężczyzna dopełnia kobietę
swoją siłą fizyczną, opanowaniem, wewnętrznym spokojem, zaradnością, a kobieta
odwdzięcza się swoim pięknem, wrażliwością, ciepłem, opiekuńczością. Każdy daje
z siebie to, co ma najlepsze. Każdego dnia oboje uczą się od siebie nawzajem,
wzajemnie się umacniają. A dzięki tym różnicom występującym naturalnie, mogą
uczyć się sami o sobie, odkrywać siebie. Kobiecość jest więc także
potrzebowaniem męskości.
Nie wróciłam więcej na studia.
Może dlatego, że zabrakło tragedii, która- zgodnie z moją tradycją- musiała
poprzedzać każdy kolejny rok akademicki? ;) A może dlatego, że jestem teraz
świadoma siebie i wiem, czego chcę od życia i po to właśnie sięgam? Jestem szczęśliwa,
a przede mną największe wyzwanie- macierzyństwo. Przyznam, że spanikowałam, gdy
lekarz powiedział, że noszę pod sercem córeczkę. Bałam się, że nie dam jej
tego, czego będzie potrzebować, że nie jestem odpowiednią osobą do tego, by
małą dziewczynkę wprowadzić kiedyś w kobiecość. Do tej pory mam problemy w
dogadywaniu się z kobietami i pod tym względem wolałam mieć syna. Jednak moje
męskie wsparcie uświadomiło mi, że niczego mi nie brakuje, a córeczka, którą
urodzę będzie „piękna jak mama”. No i jak tu nie kochać mężczyzn…? ;)
Taka jest historia mojego
niespełna 25- letniego życia. Historia młodej kobiety, która szukała kobiecości
i znalazła ją bez udziału kobiet ;)
Komentarze
Prześlij komentarz