Kobiecość vs Ja.
Stało się. Założyłam bloga. Yeah!
A gdy radość opadła, pojawiło się pytanie- o czym mam teraz napisać? Zawsze
miałam dużo do powiedzenia na różne tematy. Pomysłów na wpisy więc mi nie
brakuje. Tylko o czym TERAZ napisać? Co będzie odpowiednie?
Na spotkaniu z ludźmi, których się nie zna, trzeba się przedstawić.
Nigdy tego nie lubiłam, opowiadałam o sobie lakonicznie, a i tak zdążyłam się
tym mówieniem zestresować. Budowałam i nadal buduję ogromny dystans w takich
sytuacjach. Dopuszczam do siebie nieliczne osoby i robię to bardzo ostrożnie,
kierując się przy tym intuicją. Ale dziś zrobię coś innego. Dziś zastosuję
zasadę św. Ignacego „agere contra” i będę pisać o sobie ;)
Urodziłam się prawie 25 lat temu.
Prawie, bo ćwierćwiecze świętować będę za dokładnie 19 dni :) Z opowieści mamy
wiem, że od samego początku byłam uparta, wręcz zawzięta, zawsze głośna i
ruchliwa. Gdy miałam 3 latka, powstał mój pierwszy cover: „Seldusko puka w lytmie
caca”, a potem nagrywane były recytowane z pamięci wiersze Brzechwy. Tak,
pamięć zawsze miałam dobrą. Nie byłam jednak typową dziewczynką, nie lubiłam
bawić się lalkami. Nie wiedziałam, co mogę z nimi robić, a jedyne, co
przychodziło mi do głowy, to czesanie ich, malowanie i ścinanie włosów oraz
tworzenie kreacji haute couture ze wszystkiego, co było pod ręką. Wykorzystywałam
do tego celu np. folie aluminiowe i pocięłam na kawałki piękny 3 metrowy welon
mojej mamy, który zostawiła sobie na pamiątkę… Tak… Kreatywne dziecko ;) Od
początku też ciągnęło mnie do książek, a że nie umiałam czytać, to mazałam po
nich. Najbardziej zapadł mi w pamięć
słownik języka rosyjskiego i książka kucharska. Lubiłam też bawić się w
kuchni tym wszystkim, co dało się wysypać na podłogę i wymieszać grabkami. Moje
pierwsze kulinarne aspiracje ;) Gdy podrosłam i poszłam do szkoły podstawowej,
zaczął się we mnie rozwijać duch sportowca. A największą miłością pałałam do
piłki nożnej, na co wpływ miało spędzanie każdej wolnej chwili z chłopakami na
boisku. Dres, halówki, kolana w trawie, pierwsze korkotrampki, pozdzierane
łokcie, pierwsze zawody w reprezentacji szkoły, pierwsze ochraniacze i getry.
Istne szaleństwo! :) Tak właśnie wspominam swoje dzieciństwo, do czasów
gimnazjum włącznie- na boisku ze starszymi chłopakami. A gdzie koleżanki?
Zawsze
otaczałam się chłopakami, dobrze się przy nich czułam, dobrze dogadywałam. Dlaczego?
Bo z nimi wszystko było proste, tak = tak, a nie = nie, problemy rozwiązywało
się od razu i bardzo szybko. Nikt nie roztrząsał niczego tygodniami. W
ostateczności dano sobie „po razie”, a potem wracano na boisko. Miałam w nich
wsparcie i czułam się bezpiecznie. Byłam kumplem i było mi z tym dobrze. Nie
lubiłam swojej „dziewczyńskiej” strony, bo przez to byłam słabsza. Nie lubiłam
się stroić ani o siebie dbać, do czego zawsze zmuszała mnie mama. I, jak łatwo
się domyślić, nienawidziłam różu ;)
Jak
napisałam wyżej, trwało to do końca gimnazjum. Co się potem zmieniło? Nowa
szkoła, nowe miasto, mieszkanie w internacie, do rodziców wracałam na weekendy.
Moi kumple zaczęli prace, związki, niektórzy rodziny i boisko wszyscy mijaliśmy
z sentymentem. W liceum już nie było czasu na SKS czy zawody. Od poniedziałku
do piątku, zaraz po szkole, miałam zajęcia w szkole muzycznej. Czasu na sport
zabrakło, nad czym bardzo ubolewałam razem z nauczycielką wychowania
fizycznego. Jednak coś się nie zmieniło. Nadal trzymałam się męskiego
towarzystwa, a pozyskiwanie nowych kumpli przychodziło mi z ogromną łatwością. Co
doprowadzało moje „koleżanki” do szału ;) Zazdrość nie robiła już na mnie
większego wrażenia, bo dziewczyny z mojego gimnazjum umożliwiły mi zaprawienie
się w walce. Nadal byłam więc chłopczycą. Tym razem nie w dresach, a ubrana na
czarno. Nie w naturalnym blondzie, a w ciemnych włosach. Całkowity brak
makijażu zamieniłam na mocne, ostre kolory na oczach i ustach. A kumpli z
boiska zamieniłam na kumpli od rocka i metalu. Co ciekawe, nie interesowały
mnie wtedy związki. Głęboko w sercu nosiłam zamiar zostania zakonnicą. I teraz
nie potrafię wyobrazić sobie tego, jak chciałam wytrzymać całe życie z samymi
babami, nie mając nawet koleżanek (nie mówiąc o przyjaciółkach). No ale cóż…
Liceum minęło dalej w męskich klimatach. Nadszedł czas na studia.
Zapomniałam
o byciu zakonnicą i spośród całej masy kumpli, zaczęłam świadomie wyławiać
perełki ;) Nigdy wcześniej nie narzekałam na brak powodzenia, ale też nigdy
wcześniej nie zwracałam na to większej uwagi. Mój pierwszy kierunek był typowo
kobiecy- polonistyka. Mało facetów, wszędzie pełno bab i dotarło do mnie, że
najzwyczajniej w świecie jestem nie z tego świata. Nie dogadywałam się z żadną
z nich, towarzystwo rozwrzeszczanych i rozchichotanych panienek coraz bardziej
mnie męczyło. Nie lubiłam wyprzedaży ani zakupów w ogóle, nie interesowało mnie
życie gwiazd, na plotki miałam uczulenie i znowu pełno zazdrości o to moje „przyciąganie”
facetów, którzy ze mną zawsze mieli o czym pogadać. Ja też nikomu nie
uwieszałam się na szyi na siłę i nie śliniłam się np. do wykładowców. Na takim
tle byłam nietypowa, byłam dziwna. Po jakimś miesiącu od rozpoczęcia studiów,
kiedy już zdążyłam sobie uświadomić swoje „problemy z kobietami”, trafiłam do
duszpasterstwa akademickiego. Tam też facetów było niewielu, ale wynik jednak
był lepszy niż na moim wydziale. Pojawili się kumple i możliwości na zawarcie
jakichś normalnych znajomości. Czułam się wtedy jeszcze bardziej męska niż
kiedykolwiek i tą męskością lubiłam się chwalić. Uważałam ją za swoją siłę.
Kilka
miesięcy później weszłam w pierwszy dłuższy związek, który potem przerodził się
w narzeczeństwo, a który po ok. 2 latach zakończyłam. Przeszłam wybieranie
sukni ślubnej, załatwianie wszystkiego, a potem odwoływanie tego. Przeszłam
depresję i szukanie siebie na nowo. Bo jak zbudujesz cały swój świat, swoją
wartość na człowieku, który jest toksyczny, to potem lądujesz na samym dnie
oceanu. Siedziałam na tym dnie do momentu, aż zabrakło mi powietrza i resztką
sił próbowałam wtedy wydostać się na powierzchnię. Droga ta była jedną wielką
walką z samą sobą, gdzie każdy ruch był nowy, jakby już w nowej rzeczywistości.
I ten pierwszy wdech też był już nowy, w nowe płuca. Uczyłam się żyć na nowo,
stawiałam pierwsze kroki w nowej rzeczywistości. Po raz pierwszy zaczęłam też
uczyć się kobiecości, której nigdy wcześniej w sobie nie widziałam. I nie
znaczy to, że nagle zaczęłam rozumieć i dogadywać się z otaczającymi mnie
kobietami. One nadal były jakieś dziwne. No właśnie… A w głowie brzęczało
ciągle jedno pytanie CZYM JEST KOBIECOŚĆ???
Komentarze
Prześlij komentarz