Karmisz? Nie, głodzę.
Nikt nie podważa tego, że wszystko, co naturalne, jest dla nas i naszych dzieci dobre. Zewsząd zalewają nas reklamy z hasłami "bez sztucznych barwników", "bez konserwantów", "produkt ekologiczny", "bio", "bez dodatku cukru", "bez dodatku soli"... Znacie to doskonale. Nie da się tego nie zauważyć. Tak samo, jak nie dało się nie zauważyć mody na karmienie piersią, wręcz ponaglanie kobiet do pozbycia się wstydu podczas karmienia w miejscach publicznych. Byłoby naprawdę pięknie, gdyby nie skrajności i uogólnienia.
Niestety, nie da się wykluczyć faktu, że wspomniana wyżej naturalność nie zawsze idzie w parze z naszym nastawieniem, planami czy determinacją. Stąd cesarskie cięcia, mleka modyfikowane, różne sposoby walki z bezpłodnością itp. Doszło do tego, że niektórzy świadomie i dobrowolnie rezygnują z natury, i z lenistwa, dla własnej wygody sięgają po to, co miało być alternatywą w wyjątkowych sytuacjach. Smutne. Ale do czego zmierzam?
Nie lubię uogólnień i skrajności.
Jeśli kobieta karmi dziecko mlekiem modyfikowanym, to wyłącznie z lenistwa. Jeśli było cesarskie cięcie, to wolała dać się pokroić, aby nie mierzyć się ze skurczami. Jeśli w małżeństwie nie ma dzieci lub skończył się kobiecie połóg, to trzeba im 1500 razy na tydzień przypomnieć, że mają się pospieszyć z pierwszym/kolejnym, bo to już najwyższy czas... W internetach ludzie są do tego stopnia okrutni, że cesarka nie zasługuje na miano porodu, a określenie "kobieta karmiąca" odnosi się wyłącznie do mam, które mają to szczęście karmić piersią. I- co gorsza- połączenie jednego z drugim odbiera matce miano matki! A o bezpłodność posądzane są kobiety, które świadomie odkładają potomstwo na inny czas, bo przecież wszystkie polskie pary powinny się rozmnażać jak króliki,
Tak, urodziłam dziecko poprzez cesarskie cięcie i nie ze strachu przed bólem. Bolało jak cholera. Fizycznie i psychicznie, bo przecież nie tak miało być... Kobiety po naturalnych porodach wracały do swoich domów, ja uczyłam się wstawać, chodzić i przyjmowałam przez tydzień paracetamol i morfinę dożylnie, ketonal domięśniowo, na zmianę. Tak w ramach "zakończenia ciąży bez bólu", bo to przecież nie był poród.
Tak, karmię mlekiem modyfikowanym i nie z lenistwa czy wygody. Przez całą ciążę karmienie piersią wydawało mi się czymś tak banalnie prostym i oczywistym, że nie brałam pod uwagę nawet najmniejszych trudności. Tymczasem nie karmiłam w ten sposób nawet przez jeden dzień, a po 1,5 miesiąca walki pojawiły się dwa wyjścia: poddajesz się albo chirurgia. O ile w kwestii porodu nie miałam nic do gadania, o tyle w tej sytuacji podjęcie decyzji bolało chyba bardziej, niż ten tydzień po cesarce...
Temat bezpłodności też przerabiałam. Dzięki Bogu, nie trwało to długo, ale komentarze dotyczące dzieci były jak rany na sercu zadawane tępą, zardzewiałą brzytwą.
Zdaniem internetowych idealistów- nie rodziłam, nie karmię, nie jestem matką. A więc co zrobiłam, co robię i kim/czym jestem?
Nie powinnam mieć dzieci, a za kilka miesięcy pojawi się drugie. Czy wreszcie urodzę?- nie wiem, nie wszystko ode mnie zależy. Czy wreszcie będę karmić?- nie wiem, nie wszystko ode zależy. Może będę głodzić, jak to robię teraz. A może dane mi będzie zostać matką chociaż dla tego drugiego dziecka. Pierwsze matki nie ma.
Czy naprawdę sposób karmienia jest ważniejszy od tego, że dziecko jest najedzone?
Czy naprawdę sposób jego przyjścia na świat jest ważniejszy od tego, że rodzi się całe i zdrowe?
Czy naprawdę te dwie kwestie mogą uczynić z dziecka pół- sierotę, bez względu na to, że jest kochane, zadbane, wymodlone i widocznie szczęśliwe?
Czy naprawdę obcy ludzie mają prawo wpieprzać się w tak intymną sferę i ponaglać do prokreacji?
Dziwny jest ten świat...
...więc paradoksów ciąg dalszy nastąpi.
Niestety, nie da się wykluczyć faktu, że wspomniana wyżej naturalność nie zawsze idzie w parze z naszym nastawieniem, planami czy determinacją. Stąd cesarskie cięcia, mleka modyfikowane, różne sposoby walki z bezpłodnością itp. Doszło do tego, że niektórzy świadomie i dobrowolnie rezygnują z natury, i z lenistwa, dla własnej wygody sięgają po to, co miało być alternatywą w wyjątkowych sytuacjach. Smutne. Ale do czego zmierzam?
Nie lubię uogólnień i skrajności.
Jeśli kobieta karmi dziecko mlekiem modyfikowanym, to wyłącznie z lenistwa. Jeśli było cesarskie cięcie, to wolała dać się pokroić, aby nie mierzyć się ze skurczami. Jeśli w małżeństwie nie ma dzieci lub skończył się kobiecie połóg, to trzeba im 1500 razy na tydzień przypomnieć, że mają się pospieszyć z pierwszym/kolejnym, bo to już najwyższy czas... W internetach ludzie są do tego stopnia okrutni, że cesarka nie zasługuje na miano porodu, a określenie "kobieta karmiąca" odnosi się wyłącznie do mam, które mają to szczęście karmić piersią. I- co gorsza- połączenie jednego z drugim odbiera matce miano matki! A o bezpłodność posądzane są kobiety, które świadomie odkładają potomstwo na inny czas, bo przecież wszystkie polskie pary powinny się rozmnażać jak króliki,
Tak, urodziłam dziecko poprzez cesarskie cięcie i nie ze strachu przed bólem. Bolało jak cholera. Fizycznie i psychicznie, bo przecież nie tak miało być... Kobiety po naturalnych porodach wracały do swoich domów, ja uczyłam się wstawać, chodzić i przyjmowałam przez tydzień paracetamol i morfinę dożylnie, ketonal domięśniowo, na zmianę. Tak w ramach "zakończenia ciąży bez bólu", bo to przecież nie był poród.
Tak, karmię mlekiem modyfikowanym i nie z lenistwa czy wygody. Przez całą ciążę karmienie piersią wydawało mi się czymś tak banalnie prostym i oczywistym, że nie brałam pod uwagę nawet najmniejszych trudności. Tymczasem nie karmiłam w ten sposób nawet przez jeden dzień, a po 1,5 miesiąca walki pojawiły się dwa wyjścia: poddajesz się albo chirurgia. O ile w kwestii porodu nie miałam nic do gadania, o tyle w tej sytuacji podjęcie decyzji bolało chyba bardziej, niż ten tydzień po cesarce...
Temat bezpłodności też przerabiałam. Dzięki Bogu, nie trwało to długo, ale komentarze dotyczące dzieci były jak rany na sercu zadawane tępą, zardzewiałą brzytwą.
Zdaniem internetowych idealistów- nie rodziłam, nie karmię, nie jestem matką. A więc co zrobiłam, co robię i kim/czym jestem?
Nie powinnam mieć dzieci, a za kilka miesięcy pojawi się drugie. Czy wreszcie urodzę?- nie wiem, nie wszystko ode mnie zależy. Czy wreszcie będę karmić?- nie wiem, nie wszystko ode zależy. Może będę głodzić, jak to robię teraz. A może dane mi będzie zostać matką chociaż dla tego drugiego dziecka. Pierwsze matki nie ma.
Czy naprawdę sposób karmienia jest ważniejszy od tego, że dziecko jest najedzone?
Czy naprawdę sposób jego przyjścia na świat jest ważniejszy od tego, że rodzi się całe i zdrowe?
Czy naprawdę te dwie kwestie mogą uczynić z dziecka pół- sierotę, bez względu na to, że jest kochane, zadbane, wymodlone i widocznie szczęśliwe?
Czy naprawdę obcy ludzie mają prawo wpieprzać się w tak intymną sferę i ponaglać do prokreacji?
Dziwny jest ten świat...
...więc paradoksów ciąg dalszy nastąpi.

Komentarze
Prześlij komentarz