Kobiecość vs Ja, cz. 2.

            Pozwólcie, że powrócę do tematu tego nieszczęsnego związku, abym mogła płynnie przejść do ciągu dalszego. Zatem zaręczyny. Moment, o którym marzy każda kobieta będąca w związku. Ja też marzyłam, że będzie to wyjątkowa chwila, przemyślana, zorganizowana specjalnie dla mnie (czyżby jakiś przebłysk kobiecości…?). Nie, nie było fajerwerków, serduszek, nic nie było. Oświadczyny przy śniadaniu i włączonym telewizorze, bez kwiatów, pierścionka, magii, z kanapką przegryzaną w międzyczasie… W dniu moich urodzin, więc data dla mnie ważna, ale spowodowane to było chyba tylko brakiem pomysłu na prezent- przynajmniej tak wtedy myślałam. Jaka była moja reakcja? Najpierw bardzo racjonalna. Opieprzyłam delikwenta, że chyba sobie jaja robi, bo nie klęczy przede mną, pierścionka nie ma i w ogóle to jest słaby żart. Jednak chwilę później byliśmy w drodze do jubilera i to mnie złamało. Dostałam więc gdzieś na chodniku w centrum miasta tani, posrebrzany pierścionek z cyrkonią, który po kilku tygodniach się odbarwił. Delikwent dał mi go tak zwyczajnie i kazał sobie nałożyć. Znowu się nie popisał, ale już byłam „kupiona”, już szczęśliwa. Pierścionek na palcu. A co potem? Jego wyjazd do Anglii, który planował od dłuższego czasu w tajemnicy. W niektórych głowach może teraz pojawić się pytanie „to po co zaręczyny, skoro planował wyjazd…?”. Świetne pytanie i niebawem udzielę odpowiedzi. Co ja zrobiłam? Zdecydowałam się rzucić studia i wyjechać razem z nim. Przyznam, że równolegle wydarzyło się coś, co bardzo, bardzo mocno mówiło mi, że ten wyjazd jest świetnym rozwiązaniem, ale tę historię zostawię dla siebie. Tak więc postawiłam wszystko na jedną kartę.
            W Anglii nie miałam nikogo prócz zacnego narzeczonego. On gdzieś pracował, ja z tym miałam problem. Do tego dochodziły problemy we mnie, życiowe, psychiczne. Czułam, że coś mnie niszczy, że to nie tak powinno być, nie tędy droga. Ale do kogo się zwrócić? Rodzice przecież zostali w Polsce i mieli do mnie pretensje o tak nagłą decyzję w tak ważnej sprawie, co jest zrozumiałe. Z drugiej strony organizowali nam wesele. Miałam im powiedzieć o swoich obawach i odczuciach dotyczących nie wiadomo czego? Zgubiłam siebie i gubiłam coraz bardziej z biegiem czasu. Byłam na łasce człowieka, który mnie niszczył. Nie wiedziałam, kim jestem. Dramat. Jedyne wsparcie miałam w pewnym księdzu, którego poznałam na studiach, a który widział moje bagno pomimo tego, że nie przyznawałam się do wszystkiego. Widział to i próbował mnie wyciągnąć. Co ciekawe- przez telefon, bo tylko taki kontakt z nim miałam. Rachunki za rozmowy pewnie miewał spore. Trwało to 9 miesięcy. Potem wróciliśmy do Polski. Marzyłam o powrocie do swojego dawnego życia, do znajomych, studiów, do wszystkiego, co tak brutalnie zostawiłam. Zaczęłam filologię romańską. Dlaczego? Bo mój „ukochany” szybko znalazł możliwość wyjazdu do Luksemburga. Potrzebowałam więc języka francuskiego, aby móc do niego dołączyć po studiach i przynajmniej umieć się dogadać z tamtejszymi ludźmi. Kolejny krok w stronę podporządkowania, jakby do tej pory było mi mało. Ja więc na studia, on wyjechał. No i zaczęło się powolne wracanie do świata żywych…
            Powolne, strasznie powolne, bo chciałam i nie mogłam. Choć posiadanie swoich znajomych, swoich własnych spraw i samodzielne podejmowanie decyzji było cudowne, to jednak byłam na smyczy. I tu jest idealne miejsce na powtórzenie pytania, które powyżej pozostawiłam bez odpowiedzi. No więc po co zaręczyny, skoro on wyjeżdża? Jedno słowo- smycz. Do rozłąki nie doszło wcześniej, jak planował, więc nie musiał jej wtedy rozwijać. Rozwinął przy kolejnej nadarzającej się okazji. On był tam i robił to, do czego nadaje się idealnie –zarabianie pieniędzy, a ja byłam tu i miałam wiernie czekać. Na zachętę dostałam o wiele droższy, bardziej wypasiony pierścionek. Nie, nie zrobił tego z myślą o mnie. Wstyd mu było odpowiadać na pytania kumpli i rodziny „to ile dałeś za pierścień?”. Czekałam więc, jakże by inaczej. Władczyni pierścieni. Czekanie to wykorzystywałam nie tylko na naukę języków, ale też na planowanie wesela, ogarnianie sali, wybieranie sukni, itp., itd. Dzięki Bogu, miałam już wtedy stały kontakt z księdzem, który, jako jedyny, widział mój dramat i próbował mnie ratować. I co wymyślił? Załatwił nam miejsce na weekendowym kursie przedmałżeńskich (bo inna forma nie wchodziła w grę), który organizowany był w jego diecezji przez jego przyjaciela i w organizacji którego brał czynny udział. W ten piękny sposób zorganizował mi czas na lepsze poznanie „wybranka mego życia”, sobie też dał możliwość poznania go i lepszej oceny sytuacji. To przedsięwzięcie zakończyło się tak, że ja zaczęłam sobie uświadamiać moc rażenia tych toksyn, w których kolejny rok przebywałam, a mój „wybranek” stał się nader miły i uczynny, jakby czuł, że coś się wali… Czy dałam się urobić? Oczywiście! Jak rozgrzana w dłoniach plastelina. Wierzyłam we wszystko, co mi mówił, bo chciałam wierzyć, bo przecież na nim zbudowałam całe swoje „ja”, całą wartość. I gdybym go zostawiła, straciłabym wszystko, nikt by mnie już nie pokochał, stałabym się pusta i znaczyłabym tyle, co zero. Sam mi powiedział, że bez niego jestem nikim. I wierzyłam w to. Serio. Dusiłam się od tych toksyn, i chciałam więcej. Uzależniłam się od bycia uzależnioną. A co na to ksiądz? Nie poddał się. Walczył o mnie dalej dla mnie samej, dzwonił, wspierał i nie pozwalał mi myśleć, że jestem zupełnie sama.
            W wielkim skrócie podsumuję teraz wszystko, co działo się później. Zostawiałam „ukochanego” i wracałam do niego. Zostawiałam „ukochanego” i wracałam do niego. Zostawiałam „ukochanego” i wracałam do niego… Aż pękłam. Dobrze pamiętam mój ostatni pobyt u niego w Luksemburgu. Dobrze pamiętam ten ból, upokorzenie, zeszmacenie, których  nigdy wcześniej nie widziałam, a które od dawna zasłaniały moją twarz. Podczas kolejnej kłótni w centrum miasta w środku nocy, oddałam mu te pierścionki - smycze, które nosiłam na palcach, odwróciłam się i odeszłam w nieznanym mi kierunku. Właśnie wtedy rypnęłam o dno oceanu… Topiłam się we własnych łzach, a jedyną osobą, która mogła mi wtedy pomóc, był ksiądz. Zadzwoniłam do niego, opowiedziałam o wszystkim, a gdy się uspokoiłam, odnalazł mnie zacny „ukochany”. Zgodziłam się wrócić do mieszkania, bo innej opcji na nocleg nie miałam. Zgodziłam się na rozmowę, a dzień później wróciłam do Polski ze smyczami na palcach. O, ironio… jak dobrze, że nie trwałaś długo. Po kilku dniach walki ze sobą w sobie, wygrałam. Zerwałam z nim definitywnie podczas rozmowy na Skype. Tylko swoje smycze jeszcze jakiś czas nosiłam, bo musiałam zebrać dużo sił, żeby przyznać się wszystkim dookoła do zerwania zaręczyn. Wesele było przecież załatwione, lista gości zrobiona. Potrzebowałam czasu na wyjście z depresji, na dotarcie z dna na powierzchnię. Wreszcie, potrzebowałam czasu na ustalenie nowego porządku w moim nowym świecie. Przyszedł czas na budowanie siebie na tych fundamentach. Jak więc, w oparciu o dotychczasowe doświadczenia, znaleźć odpowiedź na pytanie „czym jest kobiecość?". Gdzie szukać?

Komentarze

Popularne posty